Strony

środa, 4 lutego 2015

VI W Imię Boga

V

Wiatr zmienił kierunek z południowego na północno-zachodni dużo wcześniej niż zazwyczaj. Dzień nadal trwał około dziesięciu godzin, a mimo to zaczęła się pora śnieżyc i wielkich mrozów, co znaczyło, że czas na zgromadzenie żywności skrócił się znacznie. Kolejny problem, zupełnie jakby ludzie sami sobie wystarczająco życia nie komplikowali.

Starzec spojrzał raz jeszcze przez zadymę śnieżną na sierp ubywającego księżyca, po czym opuścił wzrok w zadumie. Myślał nie tylko o Arndrosie. Myślał o tych wszystkich, których chciał on uratować, do których chciał powrócić, za których walczył. To dziecko nie wiedziało jeszcze jak wiele znaczy dla otaczającego je świata. Zagubiony, pełen nienawiści, żalu, płonącej nadziei, stał na krawędzi zagłady. Ale czy świat zajmował inne miejsce? Właśnie dlatego mógł dokonać rzeczy wielkich. Bogom czasem również brakowało trzeźwości myślenia. Tak działają emocje. A jednak to one sprawiają, że warto.

Wycofał się do wnętrza swojej groty. Biały puch zaczynał zuchwale zagarniać znaczną jej część. Wiatr gwizdał w najlepsze pod sklepieniem, co stanowczo nie podobała się tamtejszej grzybni. Pomarańczowa substancja została częściowo wessana do środka, przez co zrobiło się ciemniej niż w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Zły omen.

Zebrał skóry wraz z całą ich zawartością i ruszył przez korytarz. Nie podobało mu się przeczucie, jakie naszło go po wyjściu niezapowiedzianego gościa, a od tamtej pory było tylko gorzej. Przyszłość nie malowała się w najlepszych kolorach. Na szczęście on już swoje przeżył, teraz zostało mu już tylko sprawiać wrażenie posiadania woli istnienia.

– Witaj, kochana – przemówił do smoczycy, kłaniając się w kierunku olbrzymiego szarego kształtu. – Dziś musisz zaopiekować się swoim starym druhem i jego skarbem.

Usłyszał szuranie wielkiego ogona oraz parsknięcie. Zrobił kilka ostrożnych kroków naprzód, a kiedy poczuł chłodny powiew wiatru na twarzy, zatrzymał się, uniósł głowę i zamknął oczy. A więc nadal to robił. Tańczył na jednej z linii między światami, czerpiąc z tego całym sobą. Jeśli się zastanowić, wcale nie minęło tak dużo czasu...

Spowolnił oddech, przeżywając chwilę duchowej ekstazy, i czekał, aż potężna, mityczna istota przyjmie jego żywot. Mimowolnie nabrał powietrza w płuca, kiedy usłyszał jej dech tuż obok ucha. Zimne łuski otarły się o jego policzek, po czym smoczyca gwałtownie się wycofała.

Otworzył oczy, wypuścił powoli powietrze i ruszył w jej stronę. Po chwili usłyszał przeciągły jęk, podobny do odgłosu, który wydaje z siebie człowiek, kiedy się nad czymś zastanawia, albo chce się czegoś dowiedzieć. Takie uniwersalne wysokie "Hmmm?" połączone z niskim "Umm...".

– Zaraz pokażę. – odparł Starzec, domyślając się o co jej może chodzić. Położył delikatnie kryształ na ziemi. Wyswobodził go ze skór, ukazując w jasnoniebieskim blasku wielki, gadzi pysk spoglądający z podobnej odległości, co ludzki mężczyzna po drugiej stronie. – Ciepło... – szepnął, obawiając się troszeczkę, że smoczyca zareaguje wrogo. Ta przybliżyła jednak łeb do skarbu i przysunęła go do siebie, owijając się wokół. Gdy przyjęła już odpowiednią pozycję, kiwnęła głową jak człowiek, zapraszając go do siebie i robiąc nieco miejsca.

Zebrał skóry z wodą oraz pożywieniem i posłusznie wszedł między ogon, łapę i brzuch bestii. Rozłożył materiał na lodzie, usadowił się wygodnie – jeśli o jakiejkolwiek wygodzie była tu mowa – i westchnął, biorąc kryształ w ramiona. To się nazywa hart ducha, młodzieńcze – powiedział w myślach do Arndrosa. Jeśli już robisz głupstwa, rób takie, byś mógł o nich z dumą opowiadać.

Smoczyca położyła łeb tuż obok jego głowy i po raz ostatni już parsknęła, zasypiając. Wiatr hulał w sąsiednich pomieszczeniach, przypominając o niepewnej przyszłości. Starzec nie zamierzał spać. Wiedział bowiem, że jeśli ranek nadejdzie, trudno mu będzie go rozpoznać.



Zimno zatruło jego wnętrzności, zżarło skórę, pochłonęło umysł. Nic nie czuł, nawet kiedy rzucało nim w spazmach. Przestał słyszeć bicie własnego serca, stracił poczucie czasu, rzeczywistość stopniała w promieniach ciepłego słońca.

Widział zieloną, falującą trawę. Czuł niesamowitą lekkość, zapach ziemi, słyszał śpiew ptaków, strumyk gdzieś w oddali. Rozpoznawał to wszystko, mimo iż doświadczał po raz pierwszy. Kasnert i Grell biegli rozradowani na spotkanie z nim, dalej stała Loedia. Zasłaniała dłonią oczy przed słońcem i uśmiechała się do niego. Nie słyszał ich głosów, ale pewien był, że do niego mówią. Pokazywała mu dolinę, która rozpościerała się poniżej wzgórza, gdzie stali. Domy, las, pola, łąki... Był tam, żył, pamiętał. Rozpoznawał rzeczy, których nigdy nie widział!

Szarpnęło.

Wszystko zniknęło, wrócił mróz, ból, żal, śnieg, rzeczywistość. I brak rozpoznania.

Gdyby struny głosowe działały tak jak powinny, wrzasnąłby, bo ból nagle wydał się bardziej rzeczywisty niż świat wokoło. Zupełnie jakby mróz przybrał fizyczną postać lodowych ostrzy, wbijających mu się w lewe ramię, targających potężnie.

Ktoś coś krzyczał w oddali, coś ryknęło bardzo blisko. Mógłby przysiąc, że nadal śni. Jednak doznania były stanowczo zbyt prawdziwe. Olbrzymi ciężar uderzył go w pierś, gdzie pozostał na dłuższą chwilę. Ramię paliło, całe ciało paliło, tak na zewnątrz jak i w środku.

– To Arndros! – ktoś krzyknął, zrzuciwszy uprzednio z mężczyzny ciało wielkiego, białego lwa z dwoma długimi kłami i ostrym, kościanym grotem strzały wbitym w jedno oko. – Mem, pomóż mi, szybko! – Ramię nagle wybuchło zwielokrotnionym bólem, gdy właściciel znajomego głosu ścisnął je mocno, owijając materiałem. – Miałeś wielkie szczęście, przyjacielu.

– Bogowie, co ty tutaj robisz, żółtodziobie? – Kolejny znajomy głos. I to bardzo znajomy, rozpoznałby go na dnie piekła. – Przybyłeś nakarmić lwy? Śmiało, pełno ich w okolicy.

– Pedro...? – zachrypiał, przekonany, że od snu dzieli go subtelna granica. Jeśli tak, woli śnić, nawet kosztem rozerwanej kończyny. – Ty nadal żyjesz? – Silił się na zawiedziony głos, ale wątpił, żeby radość jaką czuł mu na to pozwoliła.

– Żyje, żyje. I ma się lepiej niż ty. – Memphiss. Cała trójka. Wrócili, cali i zdrowi, z kryształem, który właśnie wylądował ne jego brzuchu. Pochwycił go natychmiast, próbując się podnieść. Świt zawirował. – Co cię skłoniło do wyjścia? Ktoś z tobą był? – Podnieśli go. Ledwo widział ich twarze, powieki nadal miał zmarznięte.

– Loedia nie żyje. Moje dziecko nie żyje. – Nie chciał tego przedłużać, szczególnie, że żaden z nich nie wiedział o jej chorobie. Zauważył, jak zerkają po sobie, ale nie Kelo. Kelo wpatrywał się w niego, tocząc bitwę najcięższą ze wszystkich, jakie przetrwał do tej pory. I wtedy Arndros zrozumiał, jaki błąd popełnił. – Kelo...

– Rozumiem – powiedział tylko tamten. Naprawdę zrozumiał. Kiedy wyruszali Malja była zdrowa. Jedyna oprócz Loedii, która zaszła w ciążę w ciągu ostatnich lat. Nikt nie spodziewał się, że umrze zanim nadejdzie czas porodu. Nikt nie spodziewał się, że w ogóle umrze, tym bardziej Kelo, którego z całą pewnością przy życiu wiele tygodni trzymała chęć ujrzenia ukochanej i dziecka. – Pedro, musimy przyspieszyć, powiadom resztę. Do osady kilka godzin, Andros traci dużo krwi, a pogoda pogarsza się z sekundy na sekundę...

Wywołany klepnął go ostrożnie w zdrowe ramię i odszedł kilka kroków wychodząc naprzeciw niewielkiej grupce osób. Salwa kaszlu uwolniła serię sztyletów. Przy każdym ruchu ból uderzał z nową siłą, choć mroźne powietrze działało znieczulająco. Spojrzał na ramię. Futro je ściskało, ale rana była zbyt obszerna. Krew szybko zaczęła przeciekać.

– Nie mogłeś nic zrobić? – Nagłe pytanie Kelo sprawiło, że inny rodzaj bólu przyćmił na chwilę umysł Arndrosa. Nie tyle pytanie, co ton. Obcy, oskarżycielski, chłodny, jak wszystko inne na tym świecie. Sądził, że ludzie, których zna, są jedynymi, trzymającymi na tej krainie temperaturę nie pozwalającą jej zamarznąć do samego końca. Co takiego pozostało, jeśli nawet oni staną się zimni?

– Myślisz, że to takie proste? – Wściekłość nadeszła gwałtownie, ale ciało było zbyt słabe, żeby to znieść. Chciał wyrwać się spod ramienia Memphissa, w konsekwencji czego niemal nie upuścił kryształu, co mogłoby skończyć się sporą katastrofą. Przed oczami najpierw zrobiło się ciemno, potem jasno. Czuł, że z każdą chwilą traci coraz więcej sił, nie mógł się jednak z tym pogodzić.

– Uważaj! – Mem złapał go szybko pod ramię, ale Arndros wyrwał się, wpychając mu kryształ w ramiona.

– Zostaw... Bierz to! – Nadal nie czuł się pewnie, ale zacisnął zęby, to samo robiąc z pięściami. Trząsł się z zimna, co tylko wzmacniało jego zdenerwowanie. – Każdego dnia patrzyłem, jak się męczy, wiedziałem, co będzie dalej, ale nie mogłem nic zrobić. Malja odeszła ot tak, nagle, Loedia nie miała takiego szczęścia. – Mógłby przysiąc, że nigdy wcześniej nie myślał w taki sposób. Sam zdziwił się jak mógł tak potraktować śmierć Malji – jako błahostkę w porównaniu z odejściem jego ukochanej. Jednak słowa już poleciały, a Kelo i tak zdawał się ich nie słuchać.

– Byłeś tam, do cholery!

– Tak, ja i dwadzieścia innych osób czekających aż wrócicie z czymś, co ich ocali.

– Ludzie, czy wy się słyszycie? – wtrącił Memphiss, zakląłwszy uprzednio dosyć poważnie jak na siebie. Zerkał groźnie po ich twarzach, jakby miał ochotę obydwu potraktować w ten sam brutalny sposób. – Naprawdę zamierzacie się teraz obwiniać?

Arndros rozumiał Kelo, miał jednak nadzieję, że nie będzie musiał przyjmować na siebie takich słów. Za dużo przeszedł, żeby teraz dostać jeszcze w plecy od przyjaciela.

– Nie, to nie ja je zabiłem, ani wy. Jokarl nie powinien wysyłać Kelo, choć wtedy wszystko wyglądało inaczej. A Tarnon wiedział, co robi, jego nikt nie zmusił. Jedynym prawdziwym błędem było wyjście tej cholernej osady i założenie nowej.

– Czekaj, jak to Tarnon? – Kelo wreszcie zaczął go słuchać. Nie wróżyło to jednak nic dobrego, nawet jeśli ich bezsensowna dyskusja dobiegła końca. – Do czego go nie zmusił? Ktoś jeszcze opuścił osadę? – Arndros do tej pory był pewien, że ich spotkali i połączyły w drodze powrotnej siły. Teraz jednak zauważył, że ludzi, którzy podeszli z dwoma kolejnymi kryształami, jest pięcioro, nie trzech, i że żadnej twarzy nie rozpoznaje.

– Tarnon, Fortag, i Jeer szukają was od księżyca. Tarnon się uparł, kiedy Loedia zaczęła gorączkować... – Memphiss zaklął znowu i splunął, wręczając Arndrosowi kryształ na powrót. Ciepło było takie kojące w kontraście z mroźnym wiatrem. – Myślałem, że są z wami.

– Znaleźliśmy kilka osób, żadnej większej osady. Okazuje się, że samotnicy mają zawsze największe kryształy... Nieważne. Skąd się tu wziąłeś? – powtórzył pytanie, widząc, że Kelo ruszył w dalszą drogę, pogrążony w myślach. Oboje poszli jego przykładem, choć Arndros szybko przekonał się, że wcale nie czuje się lepiej. Krew ściekała mu po rękawie, w głowie kręciło się z każdym ruchem. Próbował nad sobą zapanować, nigdy nie było mu tak słabo. Tymczasem siły opuszczały go przy najmniejszej okazji. Rzeczywistość znowu zaczęła uciekać. Myśli nie współpracowały z językiem. Zrobiło mu się niedobrze.

– Musiałem coś zrobić... Musiałem... Niedobrze mi... – wyjąkał, ale nogi ugięły się pod nim, a świat nie nadążył za wzrokiem. Słyszał jeszcze krzyk Memphissa, który rzucił mu się z pomocą. Później spadł w ciemność.

Lepsze to niż wymioty.



Przestała się modlić, teraz, gdy modlitwy były jej najbardziej potrzebne. Liczyła, nucąc starą kołysankę, którą śpiewała jej matka, i bawiąc się włosami córeczki. Pierwsza zwrotka, druga, trzecia, pierwsza, druga, trzecia... To pomagało nie myśleć o chwilach, które miały nadejść.

Eve trzęsła się przez sen. Było naprawdę zimno. Irlis starała się oddać jej jak najwięcej ciepła, ale sama powoli zaczynała tracić czucie w kończynach. Wątpiła, by przetrwali tę noc. Nie zamierzała jednak oddawać swego życia w ręce losu. Nigdy więcej.

Rags grzebał we wnętrznościach rogacza, nieczuły na świat, który go otaczał. Brot mamrotał coś do siebie, kołysząc się i pocierając ramiona dłońmi. Próbował wykrzesać choć odrobinę energii, choć wątpiła, by miało mu to wystarczyć. Co chwila musiał czyścić kryształ ze śniegu, ponieważ puch wysysał z niego blask, siłę.

Chwila nadeszła.

– Eve... – szepnęła, szarpiąc delikatnie za ramię dziewczynki. – Eve, obudź się. Musimy iść.

Dziewczynka otworzyła oczy ze strachem, ale widok matki uspokoił ją. Chciała coś powiedzieć, lecz Irlis przystawiła palec do ust i pokręciła stanowczo głową.

– Wstań. – poleciła, sama podnosząc się na nogi. Nie była wysoka, więc nie potrzebowała się schylać. – Stój cały czas za mną i nie patrz, dobrze? I nie daj się złapać tym panom, choćby zrobili mamie krzywdę.

– Czemu, mamusiu? – Na twarzy małej znowu pojawił się strach. Miała pięć lat. Kto jej wyjaśni, że jeden z nich zabił jej ojca? Kto wytłumaczy co się stało? Kto oczyści jej matkę z winy za grzechy, które popełniła?

– Co ty wyprawiasz? – warknął Brot, kierując w jej kierunku poirytowane spojrzenie.

– Siadaj, mała. – Rags nawet na nią nie zerknął, przecierając czerwone od posoki ostrze o lodowe podłoże. Dłonie i twarz miał poplamioną. Wyglądał jak prawdziwy dzikus, obdarty z człowieczeństwa. Nie przerywał pracy, zbyt pewny siebie.

– Po prostu nie daj się złapać. Chodź. I nie patrz. – Irlis złapała ją za rękę i trzymała za sobą, robiąc kilka kroków w stronę porywaczy. Nic nie powiedziała. Miała pusto w głowie, nie potrafiła wymyślić żadnej bajki. Nie teraz, kiedy czekała ją konfrontacja z własnym przeznaczeniem.

– Siadaj! – Brot sięgnął po broń, ale nie znalazł jej tam, gdzie powinna leżeć. – Gdzie mój nóż? – warknął do Ragsa, który spojrzał na niego głupkowato, potem na kobietę i wreszcie wrócił do rzeczywistości. Zostawił truchło w spokoju, wyprostował się i skierował czubek sztyletu w stronę Irlis.

– Nie kombinuj, dziewczynko, bo twoja córeczka straci śliczną twarzyczkę.

Zrobiła kolejny krok w stronę Brota, a kiedy ten podniósł się, górując nad nią znacznie, wyjęła nóż zza pleców i uderzyła z całą mocą w szyję, patrząc mu prosto w oczy. Krew trysnęła jej w twarz, mimo to nie odwróciła wzroku, walcząc z mdłościami.

– W imię boga, który na to pozwolił – powiedziała, spluwając na wydającego z siebie paskudne dźwięki mężczyznę. Głęboko żałowała, że to nie Rags wlepia w nią teraz swoje zaskoczone spojrzenie z tak niewielkiej odległości. Kiedy zaatakowany osunął się na ziemię, mokra klinga niemal wysunęła jej się z dłoni. – Szkoda, że musiał zginąć za ciebie.

Przewrócił się prosto na kryształ, zasłaniając jedyne źródło światła w pomieszczeniu. Noc nadeszła jakiś czas temu, więc jedynym, co pozwalało cokolwiek widzieć, był biały krajobraz.

– To zbyt proste – powiedziała, próbując zapanować nad drżącym głosem. – Prawda? Boisz się morderczyni, morderco?

– Stój tam, suko – warknął jej niedoszły kat, wstając natychmiast i przesuwając nogą rogacza tak, by móc się swobodnie poruszać. Wycofała się szybko odrobinę, chcąc stanąć w takiej pozycji, by między nią, a Ragsem leżał Brot. Gdyby jakiś cud sprawił, że potknie się o dawnego kolegę, mogłaby w łatwy sposób opuścić to parszywe miejsce. – Miałaś szczęście, ale z tym idiotą nawet twoja córeczka dałaby radę. Zresztą, sam miałem ochotę to zrobić już dawno temu. A teraz oddaj ten nóż, bo się skaleczysz.

– Mamo, boję się! – Eve zapłakała, mimo to ne wychylała się, trzymała dłonie na uszach i miała mocno zaciśnięte oczy.

– Nie patrz, kochanie, jeszcze chwilę.

Wtem usłyszeli głośny koci ryk. Dziewczynka krzyknęła. Irlis wzięła ją w ramiona i wycofała się na sam kraniec jaskini, uspokajając szeptem. Rags podszedł do ściany i przywarł do niej, powoli cofając się w ich kierunku. Gdyby nie strach przed wielkim kocurem, zaglądającym do groty, z ogromną chęcią zaczęłaby przemieszczać się w kierunku wyjścia. Niestety, strach był chyba jedynym uczuciem, którego nie zdołała w sobie zniszczyć w ciągu ostatnich minut.

Ukucnęła, stawiając Eve bardzo powoli na ziemi. Palec trzymała przy ustach i modliła się, by córka go widziała. Nie mogła pozwolić, by lew ich usłyszał, ale nie chciała też, żeby morderca jej męża zrobił coś jej córce. Pozostało stać w miejscu, wstrzymując oddech, i czekać. Czekać, aż przyjdzie czas na ostatnią próbę.

Bestia tymczasem obwąchała wejście, po czym rzuciła się na rogacza i rozpoczęła ucztę. Byli uwięzieni, lecz względnie bezpieczni.

Bardzo krótko. Eve wciągnęła powietrze do mokrego nosa, przerywając głęboką ciszę. Irlis przestała oddychać, Rags również. Kot podniósł łeb. Jego świecące ślepia skierowały się w ich stronę. Wstał i zamruczał groźnie. Widział, w końcu był stworzeniem nocnym, trzeba mu było tylko rozjaśnić w głowie. Zupełnie jak niektórym ludziom.

Nie mogła czekać. Tego dnia stanowczo nie mogła czekać aż los, bóg czy ktokolwiek inny za nią wybierze. Kot zrobił krok w ich kierunku, po czym przystanął i pochylił ciało. Mierzył się do skoku... Życie jej i jej córki wisiało na włosku, a groźna bestia zamierzała ten włos przeciąć, podczas gdy ktoś taki jak Rags pewnie w tej chwili kpił z nich w duchu.

Rzuciła nożem w jego kierunku. Nie trafiła, ale kot usłyszał i odskoczył na bok, sycząc ostrzegawczo w stronę mężczyzny. Cisza skończyła się na dobre. Rags rzucił się z krzykiem na bestię, uzbrojony w sztylet, najwidoczniej uznając, że tak ma większe szanse niż czekając aż to lew wykona pierwszy krok. Irlis skorzystała z okazji, złapała córkę za rękę i pobiegła w stronę wyjścia. Potknęła się o ciało Brota, ale tylko wykorzystała sytuację, by wyciągnąć spod niego kryształ. Niestety, przy upadku, mężczyzna go uszkodził. Irlis wyciągnęła dwie połówki i wybiegła na mroźne powietrze, ciągnąc za sobą przerażoną Eve.

Chciała uciec jak najdalej, nie zważając na wiatr, zapierający jej dech w piersi.

Była wolna, nareszcie.

V

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz