Strony

sobota, 31 stycznia 2015

IV Poza Domem

Siedział w swoim starym gabinecie, wpatrując się w pustą otchłań kosmosu, w której kryła się ich bezpieczna przyszłość. Sam nie wiedział kto czuł się bardziej zakłopotany, kiedy wprowadzono go na Gu'ed – on, bo postawił wszystkich w takiej sytuacji, Zorm, który miał objąć po nim stanowisko, czy cała reszta kolonii, zaskoczona obrotem spraw.

Wydano rozkaz jego likwidacji chwilę po tym, jak 303 zaczęła zgłaszać awarię. Zrobił to Zorm, choć decyzję podjęli wspólnie – nikt nie pozwoliłby nowemu przywódcy wziąć na siebie błędów starego. Gdyby to on miał decydować, nie zawahałby się ani chwili, tym się właśnie od nich różnił. Potrafił zaryzykować życie swoje czy najbliższych w imię wiary. Wierzył natomiast w przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Ich przodkowie gdzieś tam byli, bardzo blisko, dzierżąc klucz do rozwoju całej rasy, a on doprowadził wszystkich niemal pod właz ich statku i nie zamierzał pozwalać na zaprzepaszczenie takiej szansy. Nie teraz, kiedy wystarczyło zrobić jeden krok, nie po tylu cyklach ciężkiej pracy wymagającej ciągłego uciszania zdrowemu rozsądkowi.

Tam, na planecie... Nawet nie pamiętał, co dokładnie się tam wydarzyło. Musiał doznać jakiegoś szoku. Jak przez mgłę pamiętał rozmowę z Doshre oraz Haagbem, potem chcieli mu pomóc wstać, ale chyba stracił przytomność. Ocknął się, gdy dotarli na Gu'ed i musiał wyjść z pojazdu, co okazało się dla niego niemożliwe. Nogi nadal nie chciały współpracować, ba, było z nimi jeszcze gorzej. W tej chwili nie mógł nimi nawet poruszyć.

– Głupotą było zabieranie go ze sobą – Zorm stał przy szybie, opierając się o nią ramieniem i obserwując, jakby zauważył ten sam cud natury co właściciel tej komnaty i nie mógł oderwać od niego wzroku. Jak się okazało, obaj potrafili długo czekać w bezruchu i ciszy, aż ten drugi się odezwie. Morg chciał odpocząć.

W powietrzu wisiała niepewność odkąd tylko rozpoczęli rozmowę, co nawet go bawiło. Czuł, że ma przewagę, bardzo dobrze. Przez ostatnie cykle nie wzbudzał tylu emocji, co teraz, gdy stracił tytuł. Fakt, że mianował siebie w myślach żywym byłym dowódcą, jeszcze bardziej poprawiał mu humor. Wieczny reformator, czego się tknie, to zmienia, nawet prostą zasadę, iż jedynie śmierć może przekazać władzę w dłonie innego Gu'eduanina. Widać czasem wystarczy po prostu oddychać, a cały wszechświat zadba o resztę. Jeden tylko szczegół był denerwujący – wszyscy albo unikali jego wzroku, albo patrzyli jak na prawdziwego żywego trupa. Widać za chwilowe bycie tematem numer jeden musiał zapłacić strachem własnych braci. Nie tego chciał, ale ta cena warta była szacunku, którego czasem tak bardzo mu brakowało.

– Co oni sobie myśleli? – Zorm zdawał się być rozgniewany, choć trudno było wyczytać to z pleców. Chyba usłyszał myśl Marga, bo odwrócił się w jego stronę, pociągając przy okazji za króciutką wajchę tuż obok miejsca, w którym się opierał. Rzędy kilkunastu podłużnych ekranów zgrzytnęły kilka razy, obróciły się na drugą stronę i szyba stała się stalową powierzchnią z jednym tylko niewielkim oknem na wszechświat. – Do licha, czy ty tego w ogóle używasz?– Zrobił już krok w stronę brata, ale widząc jego minę, kiwnął ostentacyjnie głową, po czym jednym gestem przywrócił ścianie wygląd okna, robiąc przy tym jeszcze więcej hałasu. – Co oni sobie myśleli? Że tutaj łatwiej przekonają go do nas? Pokażą jak żyjemy, opowiedzą kilka historyjek i podrzucą na jakiś bardziej przyjazny księżyc? Czy może chcieli zrobić z niego naszego nowego heffi1? Nie wierzę, że im na to pozwoliłeś...

– Lepiej, żeby zabili go na miejscu? Uznali, że może nam zagrozić.

– A jakim to cudem taki malec miałby nam zaszkodzić? – Wyjął z kieszeni ciemnobrązową łodygę tutejszego odpowiednika kawy – nieco tylko bardziej uzależniającego i z ciekawszym wpływem na organizm. – Zanim zorientowałby się kto nabił mu guza, my już dawno zwiedzalibyśmy inne cuda.

– Jak to? – Morg spojrzał na niego zaskoczony. Spodziewał się zupełnie innych decyzji. Dobrze wiedział, w jaki sposób wszyscy patrzą na jego "obsesyjne poszukiwania śladów pozostawionych przez przodków", jak to ich skryba napisał kiedyś w księgach. Zorm niejednokrotnie próbował przekonać go do spowolnienia tempa. Gu'edianie nie byli przyzwyczajeni do życia w biegu. – Nie każesz zatrzymać się tu na dłużej?

Mężczyzna włożył roślinę do ust i zaczął rzuć. Był od niej uzależniony od wielu cykli, toteż dawno zapomniał w jaki sposób powinna na niego działać, to jest odpowiednio: zwiększać rezolutność umysłu oraz ilość energii fizycznej, w zamian dając ból głowy i mięśni jakiś czas później. W przypadku Zorma było już tylko w zamian. Mimo to mina natychmiast mu się poprawiła.

– Zadziwiasz mnie... Nie zamierzałeś się chyba na niej zadomawiać? Mało już podobnych mijaliśmy? Pełno ich tam. – Kiwnął głową w stronę okna.

– Nie takich, dobrze o tym wiesz.

– Tylko idioci pchają swoje ciekawskie tyłki na glob zamieszkały przez inną cywilizację. Cywilizację, nie jakieś komórkowe podrosty. – Potarł nerwowo czoło i Morg przez chwilę sądził, że jego zastępca naprawdę się tym martwi. Wtedy mężczyzna wrócił do niego tym swoim naturalnie roztargnionym wzrokiem. – Słuchaj, nikt tak nie zaszalał, jak wy, ale poza tym człekokształtnym na Gu'ed I'kan i Wgonb przytaszczyli jakieś czarne, prychające stworzenie z wielkimi gałami. Mówią, że sam im się do paki wkradł, kiedy szukali miejsca do wiercenia. Kyd znalazł jakąś kolczastą kulę, a Pulg setki różnych nasion. Pakiet nowości mamy przeładowany. O minerały też się martwić nie musisz. Ja ci tylko powiem, że i tak same problemy z tego wyjdą, zobaczysz. – Uśmiechnął się, patrząc na brata z dziwnym błyskiem w oku, zupełnie jakby powiedział coś zupełnie innego, niż Morg usłyszał.

Mężczyzna długo jeszcze nie spuszczał wzroku z przełożonego, próbując zorientować się, kogo ma przed sobą – sojusznika, czy kogoś, kto go próbuje udawać. Od dawna nie rozmawiali, ponieważ Morg ostatnimi czasy nie lubił, kiedy mu przeszkadzano podczas studiowania zapisków, planowania, rozmyślania, odpoczynku... Chyba od kilku cykli. Chyba odkąd został dowódcą. Niech to licho.

– No, zostawię cię teraz, mam trochę na głowie ostatnio. – Zorm spojrzał na niego jeszcze raz, po czym parsknął śmiechem. – Ty to jednak głupi jesteś, bracie... Powinieneś dać się zbadać. Znaczy nogi.

– Zorm... Co zamierzasz z nim zrobić?

– Zostanie, jak wszystko, co tutaj ląduje. A ty się tak nie rozleniwiaj, szansę na spokój odrzuciłeś, dużo czasu minie, zanim zasłużysz na kolejną. Niedługo wrócę, z pozostałymi – odparł po dłuższej chwili i wyszedł. Morg był pewien, że sprawia mu to przyjemność.

Cisza, ulga i spokój nie nadeszły. Po raz pierwszy jednak widok odległych gwiazd zaczynał go irytować. Wszystko stawało do góry nogami. Chyba naprawdę popełnił niewybaczalną zbrodnie i przodkowie postanowili go za to ukarać.



Gdy otworzył oczy, zorientował się, że leży na niskiej pryczy, przykryty ciepłym, choć sztywnym kocem. Była większa i wygodniejsza od kanapy, na jakiej zdarzało mu się sypiać, kiedy Laura miewała humory. Tylko śmierdziała gorzej.

Obrócił się na plecy, przeklinając ostry ból głowy. Nie pamiętał, żeby poprzedniego dnia wypił za dużo. Nie pamiętał, żeby w ciągu ostatnich miesięcy zdarzyło mu się wypić za dużo. Ostatnio miał mało czasu dla siebie, ciągle tylko papiery, plany, rysunki i praca w terenie. I presja czasu. Za tydzień miał wrócić do Polski, inaczej Laura sama by po niego przyleciała, a to raczej nie spodobałoby się jego przełożonemu. Jedyną zadowoloną byłaby pewnie Ardis – zawsze lubiła podróżować, nie tylko ze względu na wolne od szkoły. Problem polegał na tym, że pracy nie ubywało.

Usiadł na brzegu mebla i schował twarz w dłoniach. Czekał go ciężki dzień. W dodatku było zimno i zaczynał męczyć go katar. Gorąca kawa, koc, laptop i jakoś przeżyje.

Czarna kotka powiadomiła go o swojej obecności, kiedy zamiałczała piskliwie, wskakując na pryczę. Domagała się uwagi, opierając przednie łapki na jego udzie. Wyglądała na przestraszoną. Żwawo poruszała łebkiem i obserwowała bystro wszystko dookoła. Miała rok, może troszkę więcej. I bardzo usilnie starała się wcisnąć między jego ręce, a klatkę piersiową.

– No nie, znowu sen? – mruknął, odchylając się nieco i dopiero wtedy zauważył, że znajduje się w dziwnym, pustym pokoju, na środku którego stał wielki fotel i solidne, stalowe biurko. Jedną ze ścian od góry do dołu pokrywały poziome rury, wychodzące po jednej stronie i wchodzące w ciemną powierzchnię po drugiej, jakby kręciły się wokół niej. Ostatni rząd znikał w suficie, który pokryty był kratą. Ale nie było przez nią nic widać. Emanowała słabym światłem, który pozwalał Fylkirowi widzieć wyraźnie, choć daleko mu było do światła dziennego. W niewielkim, podłużnym okienku błyskały gwiazdy.

– Może ty mi powiesz, co się tutaj dzieje? – spytał kocicę, gotów naprawdę usłyszeć odpowiedź. Uszczypnął się, tak na wszelki wypadek. Nigdy jakoś nie wierzył, żeby ten sposób miał go wybudzić ze snu, gdyby już znalazł się w takiej sytuacji – przecież nie szczypie swojego prawdziwego ciała, tylko to wyśnione, a to mu jakoś nie pasowało. Jednak co innego planować, a co innego doświadczać, akurat on coś o tym wiedział. Więc spróbował.

Nie udało się. Kotka też nie odpowiedziała. Spojrzał tylko na niego swoimi wielkimi, złocistymi ślepiami, które zmrużyła zabawnie, i zaczęła wbijać mu pazurki w udo. Delikatnie zepchnął ją na bok i wstał. Chciał wyjrzeć przez okno, ale był za niski. Po przeciwnej stronie pomieszczenia znajdowały się potężne drzwi, podsuwające mu przed oczy obraz szpitala psychiatrycznego lub jakiegoś innego więzienia. Podszedł do nich, ale nie potrafił znaleźć nic, co mogłoby je otworzyć.

– Halo? – odezwał się, starając nie poddać paranoi. – Jest tu ktoś? – Nie usłyszawszy żadnej odpowiedzi, podszedł powoli do biurka. Było puste. Wyglądało staro, brzydko i nieporęcznie. Było za daleko od fotela i nieco za wysokie, na dodatek wyglądało jak stalowa skrzynia wbudowana w podłogę. Tę zaś pokrywał jakiś rodzaj podziurkowanej gumy ze spiralnymi wzorami. – Gdzie ja jestem, do cholery? – Idąc za jedną ze spiral, dotarł do ściany pokrytej rurami. Były ciepłe. Zapukał w jedną z nich.

– No dobra, kocie – burknął, nie słysząc niczego w zamian. Odwrócił się z powrotem w stronę drzwi i zerknął na kotkę, siedzącą czujnie na pryczy. – Skoro już nie możemy się obudzić, to przynajmniej przeżyjmy coś ciekawego, co? Dalej, drzwi, otwórzcie się – powiedział głośno, marszcząc buńczucznie brwi. Kiedy drzwi go posłuchały i stanęło w nich wielkie, człekopodobne stworzenie, zwierze uciekło pod pryczę, by pomrukiwać ostrzegawczo z bezpiecznej pozycji. Fylkir tylko się uśmiechnął, choć obca istota wyglądała nieco strasznie. – Tchórz... – rzucił do kotki, po czym zrobił krok naprzód. – Gdzie ja jestem? – spytał, starając się brzmieć pewnie.

Sen czy nie sen, musiał dbać o wizerunek.





1Heffi miały dziesięć cali wzrostu, były całe w gęstym futrze i hodowano je na Gu'edzie dla mięsa od pokoleń. Od czasu do czasu któryś stawał się pupilem do zabaw z dziećmi, jeśli mu szczęście dopisało i najprawdopodobniej o to chodziło Zormowi. Najczęściej jednak i tak kończył w garnku, kiedy dzieci już podrosły, co mogło trochę sprawę komplikować.

2 komentarze :

  1. Czemu nie mogę umieszczać komentarzy pod Gigantem? To by bardzo ułatwiło sprawę.
    W takim razie zacznę najpierw od Giganta:
    Jakże kibicowałem tej kobitce, co chciała rozprawić się z towarzyszami, którzy ją źle traktowali, nawet jeżeli bez nich będzie jej trudniej przetrwać. No ale teraz, jak kryształ się rozbił, to albo ktoś ją znajdzie albo umrze z zimna.
    Teraz obecne opowiadanie: Pomysł z kosmitami nie jest zły, ale spodziewałem się czegoś mniej oczywistego, na przykład jakiś tajny eksperyment rządowy. Swoją drogą jeśli ci kosmici są niewiele inteligentniejsi od nas, to jakoś trudno mi uwierzyć, że potrafią podróżować do innych gwiazd. Dobrze, że chociaż mają jakieś cechy osobowości, nie są jednoznacznie dobrzy ani źli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musiałem przez przypadek zabronić komentowania w ostatnim rozdziale Giganta. Już naprawione.

      Co do Gu'edian... Jest to nazwa, jaką sami wobec siebie stosują, a pochodzi nie od planety, a statku - sam ten fakt świadczy o tym jak długo już przemierzają ten kosmos, nie wiedząc skąd i dokąd mieli pierwotnie dotrzeć. Tak naprawdę nie mają pojęcia co działo się kilka pokoleń wstecz, kiedy to rozpoczęto spisywać Kroniki. Fakt, że wcześniej tego nie robiono też może być zastanawiający.
      Chcę tylko powiedzieć, że owi kosmici poruszają się po omacku, do tej pory zadowoleni ze stanu rzeczy, a przynajmniej tak im się wydawało. Teraz pojawił się taki Morg i zaszczepił w nich pragnienie poznania przodków, własnej historii... Skąd się wzięli? Dlaczego założyli kolonię? Czy ich dom podobny jest do ziemi, czy w ogóle istnieje? Nawet jeśli według Ciebie nie są jakoś bardzo inteligentni, nie znaczy to, że kiedyś nie byli.
      Dużo by mówić. Mam tylko nadzieję, że pisząc, uda mi się jakoś lepiej przekazać ważne informacje.

      Usuń